Piotr Harasimowicz fotografowal w weekendy, kiedy mial czas, czyli glownie miedzy 11 a 15. Zdjecia wychodzily z twardymi cieniami, przepalonymi jasnosciami i twarzami, ktore wygladaly jak oswietlone latarka z gory. Myslal, ze to kwestia ustawien aparatu.
Problem nie byl w aparacie
Swiatlo poludniowe jest twarde, bo slonce jest wysoko i dziala jak male, mocne zrodlo. Cienie sa gleboke, przejscia tonalne gwaltowne. Zadne ISO ani krzywa tonalna w postprodukcji tego nie naprawia, mozna tylko ograniczyc straty.
Co Piotr zmienil i w jakiej kolejnosci
- Zaczal wychodzic godzine po wschodzie slonca, nie dlatego ze lubil wstawac wczesnie, ale dlatego ze pierwsze wyniki byly niemozliwe do zignorowania
- Nauczyl sie czytac zachmurzenie jako dyfuzor, pochmurny dzien to miekkie, rowne swiatlo, szczegolnie uzyteczne przy portretach
- Zamiast szukac slonca, zaczal szukac cienia z odbitym swiatlem, sciana budynku, jasny chodnik, co daje wypelnione, kierunkowe oswietlenie bez twardych cieni
Godzina fotografowania zmienia wynik bardziej niz model aparatu. Piotr sprawdzil to empirycznie, robic te same kadry o roznych porach dnia.
Siedem miesiecy to duzo czasu na wniosek, ktory mozna wyrazic w jednym zdaniu: swiatlo ma jakosc, nie tylko natezenie. Rozroznienie tych dwoch rzeczy zmienia sposob planowania sesji.